Twórcza gorączka #2 – Szkolnictwo w Danii [Szkoła podstawowa i klasa językowa]

Hej, psst!
Pamiętajcie, że wszystkie wpisy z ciekawostkami o Danii znajdziecie w kategorii Twórcza gorączka – Dania.

Klasa językowa

      Folkeskole, czyli szkoła podstawowa dzieli się na dziewięć klas (bądź dziesięć — o tym wspomnę niżej). Ja swoją przygodę z duńskim szkolnictwem rozpoczęłam od siódmej, jednak zanim to nastało, musiałam chodzić przez dwa lata do modtagelsesklasse (klasy językowej).

      Na samym początku było w niej zaledwie pięć osób plus dwoje nauczycieli. Jedynymi z niewielu zajęć, jakie mieliśmy, to rutine (opisywanie tego, co robiliśmy w weekend lub/i przez cały tydzień). Zwykle takie kilkuzdaniowe opowieści zapisywane były przez nauczyciela mazakiem na tablicy, potem my musieliśmy całość przepisać do zeszytów i wytłumaczyć po krótce, co zawierała treść, aby było wiadomo, że rozumiemy. Gdy to mieliśmy za sobą, musieliśmy analizować zdanie. Znaleźć wszystkie rzeczowniki, przymiotniki (głównie te dwie części mowy), wypisać w tabelce, a potem odmienić w każdym czasie i osobie. Po kilku miesiącach doszło oznaczanie specjalnymi symbolami innych części mowy oraz samodzielne stawianie przecinków. To może brzmieć nieco banalnie, ale takie nie jest. Szczerze mówiąc, to do tej pory mam niekiedy trudności z przecinkami w zdaniach. Wbrew pozorom duńskie zasady stawiania przecinków są zupełnie inne i dosyć często, kierując się polskimi, można zgarnąć błąd. Dlatego też ważne jest, aby dzieciakom już od samego początku wpajać tego typu podstawy, ponieważ w dalszych latach ogarnięcie tego staje się coraz trudniejsze.

      Klasa językowa obejmowała cotygodniowe wyjścia do biblioteki, skąd wracaliśmy z zapasem książek na następne siedem dni. Były one oczywiście na różnych poziomach trudności, w zależności od naszych zdolności w używaniu duńskiego (te najłatwiejsze miały nawet po sześć zdań). Musieliśmy je przeczytać, uzupełnić kartkę A4, gdzie znajdowały się pytania do niej (trzeba było tam podać autora, głównych bohaterów, określić ich w kilku słowach i napisać streszczenie), a potem oddać ukończone zadanie nauczycielowi. W klasie językowej nie było żadnych ocen. Po każdej takiej pracy dostawaliśmy jedynie feedback (komentarz z opinią).

      Taka klasa składała się z różnych uczniów, to była istna mieszanka najróżniejszych narodowości. Mieliśmy tam Polaków (mnie, moją byłą przyjaciółkę i jej brata), Turka, Hiszpana oraz moich obecnych najlepszych przyjaciół, czyli Pakistankę i Tajlandczyka.

      Z biegiem czasu zmianie nie uległy tylko nasze zdolności, ale również zasady w klasach językowych. Wprowadzono matematykę, zabierano nas na wycieczki, których przebieg potem opisywaliśmy. Pod koniec mojego okresu uczenia się tam wprowadzono komputery dla wszystkich uczniów, co było wielkim zaskoczeniem, ponieważ przez niecałe dwa lata dostęp do nich mieli jedynie nauczyciele — i to nie wszyscy! Kilka miesięcy później dyrekcja zainwestowała i każdy uczeń podstawówki w Danii otrzymał wypożyczony laptop na czas nauki (całkowicie za darmo). Można go było zabierać do domu i używać w każdym celu. Klasy językowe, zamiast komputerów, dostawały tablety.

Podstawówka – klasy od siódmej do dziewiątej

 W Danii nie istnieje podział wiekowy odpowiadający rocznikom. Albo dobra: istnieje, ale jest niewiarygodnie nadszarpywany. Dzieje się tak bowiem dlatego, że ja i mój najlepszy przyjaciel mieliśmy ten sam rocznik (ósma klasa), gdy on miał siedemnaście, a ja szesnaście lat.

   Szczerze mówiąc, dano nam taką możliwość po to, abyśmy lepiej przygotowali się do egzaminów w dziewiątej. Patrząc na to z polskiej perspektywy, ponieważ wiązało się to z „cofnięciem” nas, można powiedzieć, że w środku roku nauczyciele stwierdzili, że nie zdaliśmy i kazali nam zmienić klasę na niższą.

  Wiem, co myślicie, ale to brzmi tak źle tylko, ze względu na to całe „polskie myślenie”. Któżby pomyślał, żeby dziecko dwukrotnie nie zadawało do następnej klasy?! I to jeszcze w środku roku?!

 Prawda jednak jest taka, że bez względu na oceny, zdają wszyscy. Po prostu nauczyciele klas językowych, w porozumieniu z wychowawcą doszli do wniosku, że lepiej dla naszego dalszego szkolnictwa będzie, jeśli damy sobie więcej czasu. I do tej pory robią tak w większości przypadków, naprawdę. Cofają obcokrajowców, dając im w ten sposób drugą szansę na „douczenie się”.

  W siódmej klasie szkoły podstawowej jest dodatkowy przedmiot. Tak zwane hjemkundskab czyli lekcje, gdzie na trzy godziny szliśmy do kuchni w szkole i gotowaliśmy to, co kazał nam nauczyciel. Dostawaliśmy oczywiście przepis, wszystkie potrzebne produkty oraz naczynia. Swojego czasu jednak strasznie nienawidziłam, gdy co piątek po południu szliśmy do drugiego budynku, a potem gotowaliśmy. Za każdym razem obawiałam się, że przez problemy w języku (to był dopiero mój drugi rok, gdzie większość czasu spędzałam w klasie językowej, z wyjątkiem angielskiego oraz właśnie lekcji gotowania) błędnie coś zinterpretuję, a potem wszyscy zaczną się śmiać. Potrafiłam znaleźć najróżniejsze wymówki, aby tylko w tym nie uczestniczyć. Jak tak na to patrzę po tych kilku latach, żałuję, że nie zaparłam się i nie robiłam tego, co teraz uważam za ogromną frajdę.

   Pod koniec roku wszystkie siódme klasy wyjechały na wycieczkę do Bornholmu.

 Zostaliśmy dobrani w grupki po cztery/pięć osób, które miały ze sobą mieszkać w małym domku, składającym się z jednego pomieszczenia, będącego jednocześnie kuchnią i dwoma sypialniami. Spędziliśmy tam cztery dni, podczas których każdy z nas wymieniał się w codziennych obowiązkach. Przykładowo w poniedziałek — pierwszego dnia po przybyciu — to ja wstawałam pierwsza. Przygotowywałam śniadanie, a potem budziłam resztę lokatorów. Zajmowałam się również obiadem, ogarnięciem domku, gdy była taka potrzeba, oraz kolacją. Następnego dnia przypadała kolej innej osoby. Wymienialiśmy się tak aż do końca wyjazdu. Oprócz takich codziennych rzeczy, strasznie dużo zwiedzaliśmy, chodząc w większości pieszo. I pływaliśmy, ponieważ obok miejsca, w którym nocowaliśmy, znajdował się odkryty basen, co na początku lata było ogromnym luksusem.

  W klasach od ósmej do dziewiątej wszystko odbywa się jak w każdej normalnej szkole. Są lekcje typu historia, religia (na której omawiane są różne religie, ponieważ w klasach znajdują się osoby wielu wyznań), fizyka, chemia i cała reszta szataństwa, które — oczywiście — są wykładane w języku duńskim. Według starej reformy lekcje zaczynały się od dziewiątej i kończyły o czternastej. Zmiany gdzieś za czasów mojego bycia w dziewiątej klasie dodały dwie godziny dziennie, przez co musieliśmy przychodzić na ósmą, mając wolne o piętnastej. Pomimo tego, że wszystko odbywało się po duńsku, i tak musieliśmy uczyć się dodatkowego języka. Do wyboru był niemiecki albo francuski, które mogliśmy szkolić na boku, chodząc na dodatkowe zajęcia po lekcjach.

 Tak jak w każdej szkole — u nas również są stołówki. Nazywają się kantine i codziennie można kupić tam obiad. W mojej starej szkole, za czasów siódmej, ósmej i dziewiątej klasy, jeden taki posiłek kosztował 15 koron (8 zł 45 gr według Google) i składał się z zupy, bądź drugiego dania. Teraz — w liceum — jest to koszt 25 koron (14 złotych).

  Na każdych drzwiach przy wejściu do budynków szkolnych znajdowała się rozpiska z daniami na cały tydzień. Nasza szkoła bowiem była kompleksem trzech budynków z czego półtora należało do klas 0-6. Połowa budynku dzielonego z młodszymi dzieciakami — góra — stanowiła nasze pracownie chemiczne oraz klasy do gotowania.

Sidste skoledag, czyli ,,jak kończy się podstawówkę w Danii”

  Skoro pisałam o dziewiątej klasie, nie mogło oczywiście zabraknąć ostatniego dnia szkoły. Jest to dzień, gdy po lekcjach uczniowie ostatniej klasy przebierają się w różne kostiumy, rzucają karmelowymi cukierkami po całej szkole i leją uczniów wodą. Ja miałam na sobie czarną sukienkę z białymi skrzydłami, robiąc za coś w rodzaju upadłego anioła. Taka zabawa trwała około trzech godzin i odbywała się po ostatnim dniu normalnych lekcji (pod koniec maja). Od następnego tygodnia bowiem wypadały egzaminy…

Podstawówka: dziesiąta klasa

   Ostatnim tematem, który poruszę w dzisiejszym wpisie, to dodatkowy rok szkoły podstawowej, czyli dziesiąta klasa. Wiem, wiem, dużo tego „dodatkowego” się nazbierało: dodatkowe lata na naukę duńskiego, dodatkowe siedzenie w siódmej klasie, dodatkowe lekcje po szkole na naukę dodatkowych języków, a teraz dodatkowy rok w dziesiątej — dodatkowej — klasie. Ile można?!  W każdym razie: pomimo sporego już opóźnienia i tak wybrałam podjęcie się dziesiątego roku nauki, przed pójściem do liceum (dk: gymnasium). Decyzji tej oczywiście nie żałuję.

   W dziesiątej klasie powtarzane było wszystko to, czego nauczyć się mieliśmy przez poprzednie trzy lata w zakresie „podstawowych” przedmiotów humanistycznych (duńskim, matmie i angielskim — to były jedyne lekcje, jakie mieliśmy). Uczyliśmy się na nowo analizować zdjęcia prasowe, pracować z najróżniejszymi tekstami, tworzyć własne gazetki szkolne, analizować teksty, filmy, krótkie seriale, rozróżniać jaka jest różnica zdjęcia prasowego od normalnego oraz czym się charakteryzuje… I wiele wiele innych.

  Pisząc ten fragment autentycznie się śmieje, bo wyobrażam sobie, co myślicie o naszym poziomie nauczania. Pamiętajcie jednak: wszystko jest o wiele trudniejsze, gdy jest stu procentowo w innym języku!

  Wtedy jednak — w przeciwieństwie do klas 7-9 — wybieraliśmy sobie zajęcie obok. Dla jednych było to przygotowanie się do liceum, dla drugich biologia oraz chemia… Ja wybrałam mediaklasse, czyli przedmiot, gdzie uczyliśmy się nagrywać filmy, robić zdjęcia profesjonalnym sprzętem, bawić się programami do edycji zdjęć, filmów oraz dźwięku. Klasa fotograficzna — tak pozwolę sobie nas nazwać — zajmowała się zdjęciami szkolnymi oraz tworzeniem najróżniejszych filmików i grafik promujących naszą szkołę.

  W dziesiątej klasie — tak, jak w klasach niższych — dostaliśmy komputery. Dodatkowo uczniowie klasy fotograficznej otrzymali również tablety i od czasu do czasu mogli używać lustrzanek.

Ciekawostka numer jeden: Jako, że dziesiąta klasa jest czymś, co możemy wybrać z własnej woli, znajduje się w zupełnie innym miejscu, niż wcześniejsza szkoła. Oznaczało to zmianę nauczycieli oraz otoczenia na cały rok, przed pójściem do liceum.

Ciekawostka numer dwa: W dziesiątej klasie nie mieliśmy też wf’u.

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.